logo

Kompletny marketing sportowy.

tel. 500 162 319

kontakt@sport-label.pl

FACEBOOK

Twin Office
ul. Śląska 35,
81-310 Gdynia

NORGE ULTRA

NORGE ULTRA.

Długo zabierałem się do opisania treningu ultra w Norwegii. Najtrudniej jest ubrać w słowa to, co tam widziałem i to, co mnie tam cieszyło. Nie będę przesadzał, że lekka łezka wzruszenia kręci się z tyłu oka na wspomnienia niektórych miejsc z trasy. Ciężko jest streścić coś, do opisu czego powinien przystąpić uznany literat, a nie ja. Z pewnością mój zasób słów jest zbyt ubogi, by opisać piękno mijanych przeze mnie krajobrazów, ale i tak spróbuję to zrobić i podejmę to wyzwanie.

Wybór padł na latarnie morską w Lindesnes, która znajduje się na najdalej na południe wysuniętej części Norwegii, która nie jest wyspą.

Opis najłatwiej zacząć od początku, więc i ja, jako amator, przyjmę taką strategię. Założenie biegu powstało kilka miesięcy wcześniej, kiedy to wstępnie zacząłem dogrywać wyjazd. Plan był na przebiegnięcie z nadmorskiej chatki znajomych do jakiegoś oddalonego miejsca, które jest jakoś znane. Wybór padł na latarnie morską w Lindesnes, która znajduje się na najdalej na południe wysuniętej części Norwegii, która nie jest wyspą. Samochodem to około 45km, więc w zasięgu nóg. Im bliżej wyjazdu, tym większa niepewność, czy w ogóle będę w stanie pokonać taki dystans po ostatnich perturbacjach z mięśniami, ale przyjąłem wersję, że w razie czego, to mnie ktoś zwiezie z trasy. Tak.. Trasa to kolejny problem, bo większość prowadziła drogą E39, czyli jakąś tam krajówką. Wieczór przed wyjazdem zacząłem wertować internety, by znaleźć dokładniejsze mapy i wyszukać szlaki piesze, rowerowe czy też inne ścieżki, którymi mogę ominąć ruchliwą szosę. Oczywiście udało mi się, bo wszyscy wiemy, że w internetach jest wszystko, tylko trzeba wiedzieć jak szukać. Będąc już w Norwegii, dopieszczałem trasę, zabezpieczałem się na wypadek awarii telefonu (mapy miałem w aplikacji, jako zrzuty ekranu i nawet wydrukowane w plecaku) i próbowałem zapamiętać gdzie i kiedy skręcić.

Przeraził mnie trochę koszt zakupów żywieniowych na trasę. Następnym razem, przywiozę z Polski wszystko to, co będę mógł. Kilka batoników, parę kilo bananów (oczywiście na trasę nie brałem wszystkich), dwa energetyki uznanej marki, wędlina (chyba drobiowa), ser, dwie butelki wody i raptem 150 złotych poszło się pier.. Poszło w… no.. Wydałem 150 złotych. Jako szczęśliwy bezrobotny (dzień wyjazdu był oficjalnie moim ostatnim dniem w pracy) nie przejąłem się kosztami, gdyż w Norwegii lepiej tego nie robić i przygotować się zawczasu na burżuazyjne wydatki. Które oczywiście można ominąć. Wystarczy dobrze zaplanować wyjazd, by nie musieć ponosić drastycznych kosztów. No, ale dość już o kasie, bo to opowieść nie o tym.

Wieczorem poprzedniego dnia przygotowałem wszystko co mogłem (tylko kanapki postanowiłem zrobić w dniu biegu), by rano nie tracić czasu ani nerwów na zbędne szukanie czegokolwiek. Tak oto przedstawiał się mój zakres rzeczy zabieranych na bieg.

Myślałem nawet by zrobić konkurs pt. Ile i jakie rzeczy są zabierane na bieg, ale biorąc pod uwagę jakość zdjęcia jak i początkową ilość czytelników, odpuszczę sobie jak na razie tego typu konkursy.

Ciuchy na siebie, graty (i dodatkowe ubranie) do plecaczka i można ruszać w drogę. Początkowe kilka kilometrów to drogi, które znam, gdyż bywałem już tu wcześniej, więc mogłem skupić się na tym jak bardzo mi jest zimno, pomimo +11 stopni. Spokojnie. Przewidziałem to. Na głowie czapeczka a buffy przerobione na jednopalczaste rękawiczki. Nim dobiegłem do Mandal, to spotkałem pierwszą biegaczkę. Trudno mi jest określić gdzie biegła, bo wydawało się, że z takim bagażem na plecach, to gdzieś daleko, ale kijki i styl biegu raczej nie przewidywał dalekiego dystansu. Wiem, że może to być krzywdzące, takie ocenianie, ale pomachałem jej ręką i powiedziałem hello, a ona mnie tylko zmierzyła wzrokiem od góry do dołu i powiedziała hi. Chyba to spojrzenie mi się nie spodobało.

Kolejna biegaczka śmignęła mi z drugiej strony jezdni już w Mandal, ale byłem zbyt zajęty patrzeniem na mapę, by ogarnąć temat powitania.  Nie będę się w sumie rozpisywał na temat każdego spotkania, ale na całej trasie widziałem siedem czy osiem biegających (z których sześć na początku biegu w Mandal) osób, więc pozytywnie. Po dziesięciu przebiegniętych kilometrach skończyły się tereny, które znałem z wcześniejszych wizyt i rozpocząłem podróż w nieznane.

Przy długich biegach (przynajmniej dla mnie) istotne jest podzielenie sobie trasy na etapy.  Ja akurat dzieliłem na takie kilkukilometrowe, gdyż mniej więcej co tyle coś się działo. Czy to skręt, skrzyżowanie, czy też kolejna miejscowość. Najbliższym zatem etapem był skręt z asfaltu na niewielkie dróżki, które miałem nadzieję, że nie istnieją tylko na mapie.

Moje obawy okazały się przesadzone, gdyż wprawnym okiem biegacza po lasach, wypatrzyłem poszukiwaną ścieżkę. Nie była zbytnio używana, aczkolwiek na tyle szeroka, że można by przejechać samochodem. Niekoniecznie osobowym czy sportowym. Obawiałem się, że to prywatna droga, ale w razie czego tłumaczyłbym się, że nie widziałem znaku. Strome podejście pod górę nie dało się we znaki nogom, ale przyspieszony oddech zdradzał nachylenie. Bez problemu trafiłem do kolejnej ścieżki, która była już szutrową drogą dojazdową do kilku domków. Powiem tylko tak. Współczuję komuś, co by miał tam podjechać zimą i nie mam na myśli tego skrótu, którym niedawno szedłem. Szczerze mówiąc, jakbym to ja tam mieszkał, czy też może lepiej powiedzieć: miał tam dom, to bym ubrał rakiety śnieżne a i tak bym doszedł. Trzy domki, okolica leśno-skalna.. Brakowało tylko widoku na jakąś wodę w oddali i wartość działek przekroczyłaby moje dziesięcioletnie zarobki.

Mijając Norwegów oczywiście się przywitałem, bo kultura musi być, jak również fajnie jest móc otworzyć paszczę do kogoś innego niż ja sam. Ratowałem się tym, że nagrywałem troszkę materiału filmowego na kamerę, więc nie podpadało, że rozmawiam sam ze sobą. Takie małe oszustwo. Nie ukrywam, że w moim stanie cywilnym, przy długich biegach, ciężko jest nie mówić nic na wielogodzinnej wyprawie.

Słyszałem, że Ultrasi muszą radzić sobie z okresami samotności na trasie. W sumie jest to sensowne. Są biegi, gdzie organizatorzy nie pozwalają na towarzystwo osób postronnych, czyli jeśli nie znajdzie się nikogo przemierzającego trasę w podobnym tempie, to chyba nici z rozmowy. Zresztą przerabiałem to na GoToHell. Z drugiej strony czasami można do kogoś zadzwonić i porozmawiać o czymkolwiek, ale co jeśli jest się na jakimś biegu górskim w terenach sporadycznie odwiedzanych przez ludzi, w których nie ma zasięgu poza telefonami alarmowymi? Akurat nie mówię tu o sobie, gdyż jak się miałem rychło przekonać, zasięg GSM jednak miałem, ale bez potrzeby nie używałem telefonu. Na bieganie staram się wyłączać dźwięki w komórce (którą zabieram na wszelki wypadek) i zakładam, że to ja będę przeszkadzał innym a nie inni mnie. Egocentryzm? Nie sądzę. Chodzi mi bardziej o to, by uciec od cywilizacji, choć niekoniecznie zrywać z nią całkowity kontakt. Mieszkając w okolicach aglomeracji trójmiejskiej, mam już powoli dosyć tego miejskiego zgiełku, pogonią za nie wiadomo czym i prędkością życia. Prędkość inna mi nie przeszkadza. Rowerem bardzo często staram się pobijać rekordy, czy to swoje czy innych, w biegu też często pozwalam sobie na wyciągnięcie nóg i pokonywanie trasy szybciej niż zamierzałem. Oho. Odbiegam od tematu. Wrócę zatem do opisu.

Mijając ostatni domek doszedłem do pierwszego płotu przez drogę i tabliczki z napisem.

Mój norweski jest tak samo płynny jak niemiecki, więc zadzwoniłem do znajomej z zapytaniem o co tym ludziom chodzi. Pomijam fakt, że musiałem literować ten napis, by mnie zrozumiała. Okazało się, że jest to tylko oznajmienie, że tam pasą się owce i że „raczej mogę wejść”. Tak też uczyniłem, gdyż nie miałem najmniejszej ochoty zawracać i nadkładać kilometrów.

Trasa robiła się coraz mniej widoczna, ale przez to coraz ładniejsza. Niestety ilość zdjęć z najbliższych kilkunastu kilometrów równa się dwa i to oba tego samego jeziora, które ochrzciłem z angielskiego: pteromoth, bo z widoku jest podobne do skrzyżowania pterodaktyla z ćmą.

Ta linia kropkowana, to jest właśnie oznaczenie ścieżki, którą podążałem. W naszych lasach nie byłaby oznaczona na mapach. Nie porównałbym jej nawet do szlaku zwierzyny, który najczęściej jest o wiele bardziej wydeptany i zauważalny. W tym terenie to raczej jest obszar z niewielką ilością skał z roślinnością nie wyższą niż trawa.

Kilka kilometrów było miodem dla moich oczu. Rumowiska skalne pokonane przez las, czyli widać, że skały tam spadły, ale było to tak dawno temu, że nawet nie widać jaki mają naturalny kolor, gdyż teraz jest to zieleń mchów. Lasy iglaste wyrosłe spomiędzy skał, które przez wiele lat po trochu zasypywane były częściami roślin i piaskiem naniesionym przez wiatr. Przed oczami od razu utworzył mi się obraz. Ileś set czy tysięcy lat temu, była tu goła skała, czy też urwisko i co roku, ciut więcej roślinności mogło tam wyrosnąć, aż do dziś, kiedy mogą tu stać stuletnie drzewa. Potrzebuję grafika, który by zrobił taki filmik. Jedna pora roku, to kilka klatek, czyli powiedzmy w sekundę przeleciałyby dwa lata, czyli kilkunastominutowy film ukazałby ewolucję miejsca na przestrzeni.. hmmm.. matematyka wyższa…. Momencik.. Tak…  Na przestrzeni iluś lat.

Niektóre domy stały kilka metrów od mojej trasy i nie raz zastanawiałem się, czy mogę tu być. Nikt mnie nie skrzyczał … albo i nie wiem. W pewnym momencie znów skręcałem z większej drogi na leśną ścieżkę i jakieś dziecko zaczęło do mnie krzyczeć. Zakładam, że po norwesku. Nie wiedząc czy umie angielski, krzyknąłem coś do niego, mając na uwadze, że może jakiś dorosły jest w pobliżu. Dzieciak dalej mnie po norwesku strofował czy coś, więc zignorowałem te krzyki i wszedłem za kolejny płot z większą ilością oznaczeń niż ostatnio, ale wydawało mi się, że też jest coś o wypasie i o tym by nie głaskać owiec. Tyle mogłem zrobić dla społeczeństwa.

Z mapy pamiętałem, że wspinam się właśnie na ostatni szczyt, a raczej przełęcz pomiędzy szczytami i w tym momencie muszę pochwalić stronkę ut.no, która w wersji na komórkę, działa w wersji offline. Znaczy jeśli uprzednio zgra się mapy, to można je odczytać bez konieczności transmisji danych a gps pokazuje aktualną pozycję. Wszedłem w takie rejony, że ścieżki nie zgadzały się z mapą a nie miałem zamiaru pobłądzić. Na szczęście lokalizator ukazał, że wybory przejścia miałem słuszne i mogłem zaraz zbiegać do ostatniego gospodarstwa przed wyjściem z szlaków na asfaltowe drogi. Zacząłem zbiegać nie za szybko, gdyż nie ufam swoim umiejętnościom na śliskim nieznanym szlaku i za zakrętami ujrzałem domki, bramę wyjściową zza ogrodzenia i stado owiec na swojej drodze. Zwolniłem do marszu i powoli zmierzałem w ich stronę. Nie wierzyłem, że mnie nie zobaczą, gdyż kolor mojej koszulki był jaskrawo seledynowy. Miałem rację. Zauważyły mnie i podeszły do mnie. Stwierdziłem, że nie będę ich głaskać, ani nie będę się między nimi przeciskał. Szczególnie, że jak poprawiłem batonika w kieszeni to podeszły bliżej. Nawet nie chciałem się przyglądać, czy jest tam jakiś baran, więc wybrałem trasę przez płot i wzdłuż ścieżki. W nie najdalszej oddali widziałem już budynki, w których pewnie mieszkał właściciel owiec i nie ukrywam, ale chciałem przedostać się niezauważony. Udałoby mi si, gdyby nie to, że owce mają dzwonki na szyjach. Idąc już za płotem poślizgnąłem się, co wystraszyło wszystkie kilkanaście owiec, które się rozpierzchły. Wyobraź sobie, że nagle, we względnej ciszy, rozbrzmiewa kilkanaście owczych dzwonków dyndających zapamiętale na szyjach biegnących owieczek.

W głowie już oczywiście pojawił mi się obraz amerykańskiego farmera wychodzącego z domu na ganek ze strzelbą w dłoni i zadający krępujące pytania w stylu: co robiłeś z moimi owcami? Nie, nie umiem odpowiedzieć skąd ten obraz, ale mogę nadmienić, że nikt na szczęście mnie nie zaczepił i przebiegłem przez gospodarstwo na ostatni leśny odcinek. Ale pierw był odcinek jeziorny. Wprawne oko oczywiście od razu dostrzeże, że to nie może być to jezioro obok którego przebiegałem w danym momencie opowieści, ale jeśli się do tego nie przyznam, to pewnie nikt się nie zorientuje, dlatego cicho sza.

Ostatnią ścieżkę z lasu na asfalt zgubiłem. Nie wiem gdzie, ale nie było to istotne. Zbieganie obok, albo przez mały potok było dla mnie bardzo pozytywnym przeżyciem. Nawet te kilka jeżyn i pokrzyw na samym dojściu do szosy nie mogło popsuć tego dnia.

Dwadzieścia dwa kilometry za mną, więc czas szukać sklepu z wodą. Coś tam podjadłem na trasie, więc głodny nie byłem. Bardzo ważne na długich biegach jest jedzenie nawet wtedy, kiedy nie jest człowiek głodny. Zanim przyjdzie głód, może się okazać, że organizm odmówił nam posłuszeństwa i nie jesteśmy w stanie zmusić się do biegu. To samo jest z wodą, ale ja niestety miałem limitowaną wersję. Nie do końca byłem przekonany, czy picie wody ze strumyków to rozsądny pomysł. Podejrzewam, że bym nie umarł od tego, ale raz już miałem sytuację, że po wypiciu wody z rzeki, przez kilka dni miałem niepewną sytuację w żołądku.

W mieście Vigeland, do którego właśnie wbiegałem, znalazłem supermarket, w którym zakupiłem półtoralitrową wodę i małego energetyka (znanej firmy) bez cukru i zapłaciłem 46 koron. Co w przeliczeniu daje jakieś 20 złotych. Zobaczyłem w sklepie na półce napój, który wyglądał na izotonik czy coś podobnego i już miałem go w ręce aby kupić, ale poszedłem po rozum do głowy i przypomniałem sobie jedną z żelaznych zasad biegania długodystansowego: na długim wybieganiu – nie testuj nowych rzeczy. W sensie pożywienia. I napoi oczywiście. Oszczędzę wam opis mojego wspaniałego pomysłu napicia się puszkowanej kawy z mlekiem oraz drugiej puszki mleka czekoladowego na trzydziestym kilometrze pewnego treningu. Powiem tylko, że bardzo dobrze się złożyło, że na trasie była stacja benzynowa. Wróćmy do Norge. Kulturalnie usiadłem na ławce, zjadłem kanapkę, wypiłem zakupione picie puszkowe i zameldowałem się znajomym, że jestem już z powrotem w cywilizacji.

Kolejnym etapem był płaski teren wzdłuż rzek, zatoczek i brzegu morza. Ilość samochodów może i nie była duża, ale zawsze to mniej ciekawie niż ich całkowity brak.

Może nie widać, ale tam w oddali na horyzoncie jest Bałtyk.

Niby kultura na drodze w Norwegii jest o wiele większa i nikt mi nie przeszkadzał w biegu i chyba ja im za bardzo też nie, bo nikt nie wymachwiał rękoma ani nie trąbił, ale wolałem jednak wybrać wariant B, czyli mniejsza droga po górkach niż głowna z jedną górą. Przeklinałem pózniej tą decyzję troszeczkę. Wiadomo, że po trzydziestce (mówię tu oczywiście o kilometrach) nie będę się szarpał na podbieganie takich stromizn, ale nie wiem czy bym chciał podbiegać pod te górki nawet na krótkim wybieganiu. Ale co się podejdzie to nie uciecze, więc na trzecim podejściu już miałem dość. Pocieszała mnie jedynie myśl, że w najbliższym mieście znów kupię wodę, której na podejściach sporo wypijałem. Pierwszy rzut oka z górki na rozpościerające się nad niewielką zatoczką miasto trochę mnie przeraził. Nie zobaczyłem nigdzie sklepu. Wiem wiem, wiele wymagałem od siebie, ale wypatrywałem raczej małego supermarketu a nie garażowego sklepiku u pana Zdzisia. W tym momencie byłem nawet skłonny nadłożyć drogi, żeby trafić do sklepu, ale pierw trzeba było dowiedzieć się gdzie takowy jest. W centrum zauważyłem piechura, który wyglądał na takiego, który jest obeznany w terenie. Ba! Wyglądał nawet na miejscowego. Chyba miałem rację, bo wszedł do jakiegoś domu nim zdążyłem go spytać o cokolwiek.

Uratowała mnie marina. Otóż przy co drugim (a może i przy każdym?) miejscu parkingowym dla łódek był kran. Posmakowałem i zaakceptowałem jakość. Uzupełniłem bukłak w plecaku, napiłem się „z gwinta” tyle ile uważałem za potrzebne i ruszyłem dalej. Nikt mnie nie skrzyczał, więc uznałem, że nie zrobiłem nic złego.

Nie wiem co to jest, że widok połączonych krajobrazów skał i wody tak mnie urzeka. Dwa razy na trasie złapałem się na tym, że zacząłem się uśmiechać do … no właśnie do kogo? Może to był uśmiech szczęścia? Do pełni szczęścia brakowało mi już tylko drugiej połówki, biegnącej obok mnie, ale nie można mieć wszystkiego. I tak czy siak było bardzo blisko pełni.

Czyż nie idealne miejsce na parking? Może tego nie widać, ale jest to niewielka zatoczka. Kurde… Jak można mieć takie szczęście, by mieć jacht i parkować go w takim miejscu. Jeśli mnie pamięć nie myli, to widziałem to na 44km. Nie wiem czy to istotny fakt, ale jak już napisałem, to przecież nie zmażę.

Troszkę się cofnę z opowieścią, bo ciekawym jest fakt, że tak naprawdę to dopiero koło czterdziestego kilometra domyśliłem się ile mam kilometrów do mety. Rozbieżność w drogowskazach była, bez mała, trzykilometrowa. Po kilkunastu kilometrach, właśnie koło tej czterdziestki, dotarło do mnie, że część (ta bliższa dystansowo) kierowała do Lindesnes, a pozostałe do Lindesnes Fyr, czyli latarni. Nie ogarnąłem, że to mogą być dwa różne miejsca. Biegacz niepełno-sprytny. Wypadałoby kończyć tę przydługą już opowieść, ale uwierz mi, piszę ją dłużej, niż ty czytasz.

Ostatnie kilometry pokonywałem już w deszczu, który dopadł mnie od tyłu. Znaczy się znad lądu mnie doszedł. Nie było i tak czasu, by go rozważać, gdyż większość czasu próbowałem zrozumieć anomalię terenową tego półwyspu. Na samym jego początku miałem okrutne podejście (60m na kilometrowym odcinku) i czekałem na jakiś fajny zbieg, którego nie widziałem. Jak ja mogłem to przeoczyć, do dziś nie wiem. Same podejścia, bądź płaskie odcinki i jeden czy dwa miejsca z górki a prawie na poziom morza zbiegłem. Normalnie mówię – anomalia terenowa. Jak można wbiec na górkę z poziomu wody i podbiegając wyżej, być znów na poziomie morza?

Znajomi dopisali i odebrali mnie spod latarni. Nawet dostałem koszulkę okolicznościową. Normalnie nie przyjmuję prezentów, ale po 52 kilometrach nie miałem sił, by się kłócić, że nic nie chcę i w ogóle. Chciałem tylko piwa, które mi przywieźli. Czas i dystans? 6h15m i około 52km. Tempo takie sobie, ale dla mnie idealne. Turystyczna wyprawa biegowa. Ciężko będzie ja przebić. Może tylko UTMB na kilka lat temu dorówna, choć tam będzie o wiele więcej turystów podążających moim tempem. Ale to w najlepszym przypadku za kilka lat. O planach biegowych na najbliższe kilka lat, mógłbym napisać osobny artykuł, ale to nie dziś i nie jutro. Trzeba się regenerować do najbliższych startów. Na koniec kilka zdjęć, których już nie będę podpisywał a w deszczowych klimatach to i jakość nie powala, za co przepraszam.

Posłowie

Szacunek, że to zostało przez Ciebie przeczytane. Jak zwykle przepraszam, za rozpisywanie się, ale i tak wiele rzeczy ominąłem. Tak to już bywa. A zagadka górki bez dołka? Na wykresie wysokości widać, że się wszystko zgadza, tyle że wtedy byłem tak zmęczony, że nie zauważałem, że kilka małych zbiegów jest w sumie bardzo dużą zmianą wysokości.

Link do Stravy: https://www.strava.com/activities/1166628284

Link do Endo: https://www.endomondo.com/users/4628157/workouts/995907117

No Comments

Post a Comment